Ostatnio jakoś tak się złożyło, że długo mnie nie było na moich studiach magisterskich, natomiast na hispanistyce bywałam (jak dla mnie zbyt) często. Dziś w końcu wybrałam się na zajęcia na moim pierwotnym kierunku i doznałam niebywałego olśnienia - otóż ci ludzie są po prostu tacy... dorośli. Można z nimi porozmawiać na wiele tematów, mają różnorodne zainteresowania i wiele ciekawych zajęć poza uczelnią (staże, praca, nauka języków, kursy, projekty, wolontariaty), które są inspirujące i, no nie oszukujmy się, jak już ma się tam znajomych, to zawsze łatwiej się wkręcić ;-)
Natomiast ludzie na hispanistyce (dla przypomnienia - studia licencjackie, rok pierwszy, większość studentów to rocznik '93) są jacyś... tacy... oj. Jak nie odrobią zadania domowego, to jest koniec świata, największą (i jedyną) ich pasją są zagadnienia gramatyczne a szczytem ambicji napisanie wypracowania na piątkę. Co więcej, przekonani są o swojej nieomylności w każdej dziedzinie życia (kiedy ostatnio zapytałam, które dokładnie zagadnienia mają być na kolokwium, dostałam odpowiedź, że przecież to nie będzie kolokwium, tylko USTNE zaliczenie - na moją skromną uwagę, że to jedno i to samo, dziewczę obruszyło się i łaskawie poinformowało mnie, że jest istotna różnica między zdawaniem czegoś ustnie a pisemnie - a że kolokwium z definicji jest ustne, cóż, koleżanka uznała, że przecież na zajęciach z łaciny tego słówka nie było (!), więc to chyba normalne, że nie musi znać dokładnej definicji...).
Tak, tak, wiem, czepiam się, a więc do sedna - nie wydaje mi się, aby wspomniane różnice wynikały z kierunku studiów (a może jednak?), to raczej kwestia wieku i doświadczenia. Zastanawiam się tylko, czy ja też taka byłam kiedy zaczynałam studia? Wiadomo, że wtedy bardziej przejmowałam się studiami, biegałam na wykłady, nie kombinowałam i generalnie żyłam marzeniami, że jak skończę te studia, to świat padnie do moich stóp. Chociaż między mną a nowymi znajomymi z roku są ledwie trzy lata różnicy, to jest to wyraźnie wyczuwalne i jakoś nie potrafię (a raczej nie chcę) się zintegrować z tym towarzystwem...
A Wy, zauważyliście może podobne problemy w swoim środowisku? Że przy tak małej różnicy wieku, tak wielkie mogą być różnice w światopoglądzie i sposobie życia?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą studia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą studia. Pokaż wszystkie posty
Filologia hiszpańska od podszewki
Na prośbę czytelników (zwłaszcza Koharu) dzisiaj opiszę wam, jak wyglądają studia na filologii hiszpańskiej ;-)
Na Uniwersytecie Śląskim, gdzie studiuję, naukę języka zaczyna się od podstaw. Prawda jest jednak brutalna - zdecydowana większość studentów posługuje się już tym językiem całkiem nieźle, a jakieś 15-20% jest po klasie dwujęzycznej, a co za tym idzie mówią po hiszpańsku niemalże płynnie i jak można się domyślić znacznie zawyżają poziom. Oczywiście nie ma co narzekać, ale dla osoby, które nie uczyła się wcześniej hiszpańskiego (takiej jak ja) przebrnięcie przez pierwszy semestr jest dość trudne, bo prowadzący strasznie gonią z materiałem i niektóre rzeczy traktują jako oczywiste, a potem trzeba siedzieć i wszystko nadrabiać. To, co jest bardzo na plus, to częste kolokwia (na które trzeba się przygotowywać bardzo kompleksowo, na gramatyce nagle może się okazać, że na 55 stronie w ostatnim przykładzie było słówko oznaczające "dąb korkowy", i tłumaczenie trzeba znać...), chociaż dla mnie bardzo męczące jest np przygotowywanie mnóstwa prac pisemnych czy wypowiedzi na konwersacje (tematyka różnorodna, począwszy od form opodatkowania poprzez zwyczaje karnawałowe na Balearach, na transferach w klubach sportowych skończywszy).
Jeśli chodzi o przedmioty to dla mnie, pasjonatki języków, największe znaczenie ma oczywiście Praktyczna Nauka Języka Hiszpańskiego - u mnie składająca się z czterech przedmiotów, a mianowicie:
- gramatyka * 2 - a te 3 godziny tygodniowo to i tak za mało, po pół roku nauki teoretycznie znam już wszystkie możliwe czasy, konstrukcje, condicionales, imperativo, subjuntivo itp,
- konwersacje - byłoby miło gdyby nie prowadząca ;-), a tak na poważnie to dla mnie przedmiot dość problematyczny, bo naprawdę dopiero uczę się tego hiszpańskiego i mam problemy z formułowaniem zdań no i dość trudno mi się przebić w grupie, w której jakieś 50% osób mówi już płynnie... i szybko... i dużo :/
- język pisany - w zasadzie mój ulubiony, piszemy krótkie formy na zajęciach i dłuższe w domu, zazwyczaj na tych zajęciach przyswajam najwięcej słownictwa i mam wrażenie, że są najpraktyczniejsze ze wszystkich
- rozumienie ze słuchu - muszę przyznać, że na tych zajęciach bywam rzadko (i w ogóle mało osób na nich bywa), bo prowadząca jest bardzo młoda, niedoświadczona i w zasadzie sama nie wie, co ma z nami robić - a poza tym z rozumieniem ze słuchu nigdy nie miałam problemów i ogólnie jakoś sobie radzę ;-)
Drugim punktem tych studiów, który jeszcze w miarę przykuwa moją uwagę jest lektorat z języka obcego - mieliśmy do wyboru angielski, włoski i portugalski. Zajęć jest niewiele (3h tygodniowo) i podzielone są na działy - "konwersacje i rozumienie ze słuchu" oraz "gramatykę i język pisany". Niestety, panie prowadzące (starsze ode mnie o jakieś 2-3 lata, czyli w zasadzie zaraz po magisterce i dość niedojrzałe w swym zachowaniu) nie bardzo przykładają się do zajęć, ja rozumiem, że to drugi język, że może wiele osób traktuje go jak kulę u nogi i one nie chcą wywierać zbyt dużej presji, ale naprawdę mogłyby mieć jakiekolwiek wymagania...
Poza tym mamy również szeroko rozumiane "inne przedmioty", takie jak: Historia Cywilizacji Hiszpańskiego Obszaru Językowego (może jestem negatywnie nastawiona, ale naprawdę mało mnie obchodzi w jakiej hiszpańskiej jaskini są malowidła z jakiego okresu), Teoria i Praktyka Przekładu (chyba sama pani profesor nie wie o czym mówi), Wstęp do Literaturoznawstwa, Podstawy Językoznawstwa, Językoznawstwo Stosowane i milion innych rzeczy, które jakoś mnie nie przekonują, ale jak trzeba, to trzeba...
Ach, no tak, i mój hit - Marketing i ekonomia - przedmiot do wyboru, zdecydowałam się na niego bo miałam już takowy na poprzednich studiach i byłam pewna, że uda się jakoś przepisać ocenę, ale okazalo się, że zajęcia odbywają się po hiszpańsku. Jeśli studiujecie jakąś filologię to pewnie stwierdzicie, że nic dziwnego, ale opowiadanie o prawach popytu i podaży, inflacji czy międzynarodowych stosunkach gospodarczych osobom, które formalnie są na poziomie A1 - en serio?
No, to na razie tyle, dość formalnie ale to tak szeroki temat że nie bardzo wiedziałam, jak go ugryźć - więc jeśli macie jszcze jakieś pytania, chcielibyście się czegoś dowiedzieć - pytajcie w komentarzach, chętnie odpowiem ;-)
PODOBNE POSTY:
Kręci się :-)
Przygotowania do hispanistyki - podsumowanie :-)
Przygotowania do hispanistyki :-)
Kandydat zakwalifikowany :D
Wyglądając końca sesji...
Jak zawsze wszystko na ostatnią chwilę. Do końca tego tygodnia muszę oddać indeksy do dziekanatów, a dopiero dzisiaj udało mi się zebrać resztę wpisów na hispanistyce - przynajmniej to odpadło. A tymczasem na drugich studiach... wciąż nie podeszłam do jednego kolokwium! Jakoś tak się składało, że najpierw pokrywały mi się terminy zaliczeń, potem w sesji nie miałam czasu na naukę, a od ferii albo nie mogłam znaleźć prowadzącego, albo zmobilizować się do nauczenia się tego... i aż boję się jutro pójść do pana doktora, bo na jego miejscu ja bym siebie wyśmiała. Ale cóż, trzeba dzisiaj nad tym usiąść, jutro wyprosić pozwolenie na podejście do kolokwium i liczyć na to, że nie będę musiała przedłużać sesji.
2012/2013 - półmetek

Ferie rozleniwiają... dopiero co zdałam ostatni egzamin, a tu mamy już czwartek i za cztery dni z powrotem na uczelnię! Ale w międzyczasie powinnam zrobić coś, co już od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie - rozliczyć się z mojego planu na rok akademicki 2012/2013. Zainteresowanych całokształtem planu oraz szczegółami odsyłam TUTAJ, a przede mną krótkie podsumowanie:
- Czytanie:
- Przeczytałam 23/40 planowanych książek z listy BBC, więc jestem ponad normą ;-)
- Po angielsku 1,5 książki z 5 - duuużo mi brakuje
- Książki po niemiecku - ... tak, teges...
- 10 książek związanych ze studiami - jakoś też... no...
- Szkolenia:
- Z zaplanowanych 4 zrobiłam jedno (Plan marketingowy z akademii PARP), ale również zaliczyłam dwa inne, na które jakoś się natknęłam w ciągu semestru:
- Trzydniowe szkolenie "Promowanie rezultatów projektów"
- Warsztaty "7 grzechów głównych popełnianych przy prowadzeniu firmy"
- Języki: - na początku muszę wyjaśnić, że jakoś porzuciłam naukę w palabrasie - po prostu po trzech latach użytkowania znudził mi się, przestalam dostrzegać rezultaty i jestem na etapie poszukiwania czegoś nowego. A poza tym:
- Angielski - nie udało mi się zapisać na warsztaty z AISECu ani żaden kurs, niby czasem pooglądam jakiś film w tym języku, czasem coś poczytam, ale generalnie uważam, że powinnam odświeżyć swoją znajomość tego języka, bo chyba osiadłam na laurach i stwierdziłam, że skoro już go znam, to ok, przejdźmy do następnego, a ten niech się zapomni
- Niemiecki - na początku semestru sporo czasu spędziłam nad Deutsche Grammatik i Kein Problem, ale potem studia mnie wciągnęły i zerwałam z nimi... w każdym razie dalej uważam, że jestem w stanie przerobić je do końca przed końcem drugiego semestru
- Włoski - mam lektorat na studiach, sporo czytam w tym języku (głównie fanpage na fejsie, ale o tym osobny post ;-), jednak regularną naukę także porzuciłam...
- Hiszpański - i tu przychodzimy do przyjemniejszej części podsumowania, czyli...
- Studia - moim postanowieniem na nowy rok akademicki była średnia powyżej 4 z socjologii i zaliczenie jakkolwiek hispanistyki, okazało się natomiast, że:
- Socjologia na magisterce to pic na wodę, zajęć prawie nie ma, nikt niczego nie wymaga, wykładowcy mają milion ważniejszych spraw na głowie. Stwierdziłam więc, że ja również mam inne ciekawe zajęcia i skoro oni olewają mnie to ja olewam ich - i w zasadzie bez wysiłku (ale i bez problemów) zaliczyłam pierwszy semestr, co prawda średnia jest minimalnie niższa, niż planowałam, ale w wielu przypadkach prowadzący oceniali po prostu obecność i aktywność na zajęciach (im nie chciało się sprawdzać kolokwiów, a nie oszukujmy się - mi nie chciałoby się na nie uczyć), a to nigdy nie byly moje mocne strony
- Hispanistyka natomiast uwiodła mnie od razu :D chociaż studia są mega wymagające, co tydzień wejściówki, wkuwanie na bieżąco po kilkaset słówek na każde zajęcia, ale udało mi się zakończyć semestr ze średnią dużo lepszą niż na socjologii, i z tego jestem dumna ;-)
- A poza tym miałam chodzić na konferencje i wykłady dodatkowe, tyle że jakoś zawsze mam w tym czasie coś pilniejszego do zrobienia, ale przynajmniej zapisałam się do Koła Naukowego Socjologów i tam staram się dzialać bardziej aktywnie
- Kariera/inne - tutaj jakieś osiągnięcia pojawią się pewnie dopiero bezpośrednio przed zakończeniem roku akademickiego, póki co za pozytywne mogę uznać regularne zapisywanie i kontrolowanie wydatków, a co za tym idzie spore oszczędności, a za negatywne, cóż... jeszcze mamy czas, jeszcze nad tym popracuję ;-)
A jak Wam minął pierwszy semestr studiów? Realizujecie swoje postanowienia?
Si, si, jutro na pewno!
Tak jakoś wszystko ostatnio odkładam "na jutro"... ale cóż zrobić, sesja nadciąga! Myślałam, że będzie ciężko, bo dwa kierunki, tymczasem na tym pierwszym jakoś nic się nie dzieje, a z drugim i tak ledwo wyrabiam. A wydawałoby się, że jak studia filologiczne, kolokwia co tydzień i zaliczanie wszystkiego na bieżąco to przed sesją tylko wystawi się oceny. Nic bardziej mylnego...
Ale przetrwać trzeba (choć jeszcze do niedawna sądziłam, że jak się zrobi ciężko, to po prostu zrezygnuję, przecież to tylko hobbystycznie, nie na poważnie, nie ma się co przejmować - ale doszłam do wniosku że za dużo pracy już w to włożyłam, żeby teraz odpuścić).
Dlatego pewnie blog świeci pustkami, bo i rozwój osobisty leży i kwiczy... ale jeszcze trzy, cztery tygodnie i wrócę jak pokorna córka marnotrawna.
Tymczasem - !Nos vemos!
Ale przetrwać trzeba (choć jeszcze do niedawna sądziłam, że jak się zrobi ciężko, to po prostu zrezygnuję, przecież to tylko hobbystycznie, nie na poważnie, nie ma się co przejmować - ale doszłam do wniosku że za dużo pracy już w to włożyłam, żeby teraz odpuścić).
Dlatego pewnie blog świeci pustkami, bo i rozwój osobisty leży i kwiczy... ale jeszcze trzy, cztery tygodnie i wrócę jak pokorna córka marnotrawna.
Tymczasem - !Nos vemos!
Kręci się :-)
Tak, tak, ostatnio miałam spory zastój na blogu... ale minęły już dwa tygodnie roku akademickiego, emocje troszkę opadły, więc czas na szybką relację i oczywiście polecenie kolejnej genialnej stronki :D
Skrótowo:
- hispanistyka... me gusta! co ja robiłam przez te trzy lata i dlaczego dopiero teraz na to wpadłam?
- socjologia... no cóż, póki co udało mi się być ledwie na dwóch zajęciach organizacyjnych :D ale nie ma co się za bardzo przejmować, komunikacja na facebook'u ratuje mi życie, poza tym muszę załatwić z kilkoma prowadzącymi inne zasady zaliczenia (jeden monograf chciałabym zaliczać ze studentami zaocznymi... zajęcia w kilka piątków do dwudziestej :-(, ale przynajmniej przedmiot ciekawy)
- nauka... staram się być na bieżąco. Na języku pisanym mam kartkówki ze słówek co tydzień (pierwsza zaliczona na 5, yeah), na innych zajęciach co 3-4 tygodnie, ale i tak trzeba na to poświęcać regularnie sporo czasu, bo mam do wkucia już kilkaset słówek.
- i tutaj na scenę wkracza... BAB.LA :-) strona (jak dla mnie) idealna. Tworzy się pudełka ze słówkami (czyli po każdych zajęciach mam nowe pudełko), które następnie przerabia się na zasadzie fiszek. Dzięki temu mam możliwość powtarzania ich, gdziekolwiek jestem (dzięki smartfonowi) a przed kolokwium powtórzyć cały materiał. Polecam!
No, i to tyle na razie... miałam Wam jeszcze opisać wrażenia ze szkolenia "PROMO, czyli promowanie rezultatów projektów" i na pewno to zrobię, jak już znajdę wolną chwilkę. A tymczasem - trzymajcie się!
Przygotowania do hispanistyki - podsumowanie :-)
Jakiś czas temu TUTAJ pisałam o przygotowaniach do hispanistyki. Wyznaczony termin minął, czas na krótkie podsumowanie.
4. Zrobić możliwie najwięcej 'biedronkowego' kursu SuperMemo - zaczęłam go robić ale nie przypadł mi do gustu, więc zrezygnowałam
- Dokończyć wszystkie powtórki z poziomu A1 w Gramática española na SuperMemo - zrobione, podstawy gramatyki opanowane :-)
- Z kursu ¡No hay problema! 1 przerobić wszystkie zadania do 6 lekcji - zrobiłam do 5 lekcji włącznie, uważam, że poszło całkiem nieźle
- Codziennie robić powtórki na palabrasie - udało się, spędziłam na palabrasie łącznie ponad 2 h 15 min
5. Osłuchiwać się z językiem (oglądać chociażby Extr@ lub inne seriale) - oglądałam namiętnie.... Zbuntowanego anioła :D
A dzisiaj odbyło się pierwsze spotkanie z opiekun roku, dostałam już indeks i zostałam uprzedzona, że uczyć się trzeba DUŻO i REGULARNIE, bo wiedza jest sprawdzana na każdych zajęciach i jakiekolwiek zaległości trudno jest nadrobić... no ok, to będziemy się starać :-)
Jutro wolny dzień, trzeba załatwić mnóstwo formalności i spraw urzędowych, a w środę pierwsze zajęcia z PNJH :D
Przygotowania do hispanistyki :-)
Dokładnie za 23 dni rozpocznę studia na filologii hiszpańskiej. Chociaż marzyłam o tym od zawsze, to jednak traktowałam to trochę jak taki kaprys, zachciankę, coś, czego nie zrealizuję, bo:
a) nie dam rady
b) nie ma sensu
c) księżniczką też chciałam kiedyś zostać, a nie zostałam :p
Ale w końcu tak się złożyło, że jednak będę studiować ;-) Będzie to mój drugi kierunek i z pewnością nie priorytetowy, więc nie stawiam sobie za cel ukończenie go za wszelką cenę - jeśli nie dam rady ułożyć dobrze planu, nie dam rady z dojazdami (bo wydziały są w innych miastach), znudzi mi się bądź uznam, że wystarczy mi samodzielna nauka, to zrezygnuję. Ale póki co - moim obowiązkiem jest się przygotować do studiów i myśleć pozytywnie :-)
Żeby dobrze wykorzystać te kilka tygodni postanowiłam ustalić plan działania. Zapewne nie uda mi się zrealizować w całości, bo mam niewiele czasu w ciągu dnia (ze stażu wracam przed 18-tą), to jednak jest kilka rzeczy, które przynajmniej postaram się zrobić. A oto one:
a) nie dam rady
b) nie ma sensu
c) księżniczką też chciałam kiedyś zostać, a nie zostałam :p
Ale w końcu tak się złożyło, że jednak będę studiować ;-) Będzie to mój drugi kierunek i z pewnością nie priorytetowy, więc nie stawiam sobie za cel ukończenie go za wszelką cenę - jeśli nie dam rady ułożyć dobrze planu, nie dam rady z dojazdami (bo wydziały są w innych miastach), znudzi mi się bądź uznam, że wystarczy mi samodzielna nauka, to zrezygnuję. Ale póki co - moim obowiązkiem jest się przygotować do studiów i myśleć pozytywnie :-)
Żeby dobrze wykorzystać te kilka tygodni postanowiłam ustalić plan działania. Zapewne nie uda mi się zrealizować w całości, bo mam niewiele czasu w ciągu dnia (ze stażu wracam przed 18-tą), to jednak jest kilka rzeczy, które przynajmniej postaram się zrobić. A oto one:
- Dokończyć wszystkie powtórki z poziomu A1 w Gramática española na SuperMemo
- Z kursu ¡No hay problema! 1 przerobić wszystkie zadania do 6 lekcji
- Codziennie robić powtórki na palabrasie
- Zrobić możliwie najwięcej 'biedronkowego' kursu SuperMemo
- Osłuchiwać się z językiem (oglądać chociażby Extr@ lub inne seriale)
Kandydat zakwalifikowany :D
Wczoraj miałam ostatnie wyniki z rekrutacji na studia, podjęłam decyzję i dzisiaj zawiozłam dokumenty do dziekanatów. Ostatecznie od października będę kontynuować moje studia na magisterskich uzupełniajacych, oraz... zaczynam filologię hiszpańską ;-)
Studia językowe już od jakiegoś czasu były moim marzeniem i w końcu doszłam do wniosku, że nie ma na co czekać. Chociaż wątpiłam, że się dostanę, to jednak się udało. Raczej nie będę miała problemów z połączeniem obu kierunków (na magisterskich mam naprawdę mało zajęć), więc zapowiada się ciekawie :-)
Studia językowe już od jakiegoś czasu były moim marzeniem i w końcu doszłam do wniosku, że nie ma na co czekać. Chociaż wątpiłam, że się dostanę, to jednak się udało. Raczej nie będę miała problemów z połączeniem obu kierunków (na magisterskich mam naprawdę mało zajęć), więc zapowiada się ciekawie :-)
Wykształcenie Wyższe Zawodowe :-)
Udało się!
Po trzech latach studiów w końcu mogę o sobie powiedzieć, że mam wyższe wykształcenie.
Chociaż przed obroną bardzo się stresowałam i nie miałam pojęcia, czego się spodziewać, to jednak poszło całkiem nieźle - i praca i obrona na 5 :-) Ostateczna ocena na dyplomie - 4,5 (ach ta średnia).
Póki co muszę trochę ochłonąć i... rozejrzeć się za studiami magisterskimi. Mam już pewne plany co do nich, ale o tym w innym poście :-)
Po trzech latach studiów w końcu mogę o sobie powiedzieć, że mam wyższe wykształcenie.
Chociaż przed obroną bardzo się stresowałam i nie miałam pojęcia, czego się spodziewać, to jednak poszło całkiem nieźle - i praca i obrona na 5 :-) Ostateczna ocena na dyplomie - 4,5 (ach ta średnia).
Póki co muszę trochę ochłonąć i... rozejrzeć się za studiami magisterskimi. Mam już pewne plany co do nich, ale o tym w innym poście :-)
Koniec licencjackiej wędrówki
I stało się to, co nieuniknione. Zakończyłam studia licencjackie :-)
Termin obrony - wyznaczony. 18 czerwca 2012. Praca wysłana do Pani Promotor, czekam jeszcze na ostateczne wskazówki i... do druku.
Co prawda nie wszystko jest jeszcze dopięte na ostatni guzik - brakuje mi dwóch wpisów, jeden z panów doktorów jest bardzo nieuchwytny i jeśli nie zdołam go złapać do wtorku, obrona przesunie się na 25-go, ale nie będę nad tym zanadto rozpaczać.
A teraz przede mną cztery miesiące wakacji, mam nadzieję, że uda mi się dostać na jakiś staż wakacyjny, jeśli nie, to poszukiwania pracy. Najważniejsza decyzja podjęta - nie wracam do domu, rozglądam się za studiami magisterskimi, pracą i szczęściem w Wielkim Mieście.
Jednocześnie przepraszam za zaniedbywanie bloga, ale coś czuję, że teraz, nie mając za bardzo co ze sobą począć, mój rozwój osobisty będzie się posuwał w bardzo szybkim tempie i nie omieszkam notować postępów w blogosferze.
Póki co - trzymajcie kciuki za obronę, jak tylko wyjdę z sali egzaminacyjnej, to na pewno poinformuję was o wynikach ;-)
Termin obrony - wyznaczony. 18 czerwca 2012. Praca wysłana do Pani Promotor, czekam jeszcze na ostateczne wskazówki i... do druku.
Co prawda nie wszystko jest jeszcze dopięte na ostatni guzik - brakuje mi dwóch wpisów, jeden z panów doktorów jest bardzo nieuchwytny i jeśli nie zdołam go złapać do wtorku, obrona przesunie się na 25-go, ale nie będę nad tym zanadto rozpaczać.
A teraz przede mną cztery miesiące wakacji, mam nadzieję, że uda mi się dostać na jakiś staż wakacyjny, jeśli nie, to poszukiwania pracy. Najważniejsza decyzja podjęta - nie wracam do domu, rozglądam się za studiami magisterskimi, pracą i szczęściem w Wielkim Mieście.
Jednocześnie przepraszam za zaniedbywanie bloga, ale coś czuję, że teraz, nie mając za bardzo co ze sobą począć, mój rozwój osobisty będzie się posuwał w bardzo szybkim tempie i nie omieszkam notować postępów w blogosferze.
Póki co - trzymajcie kciuki za obronę, jak tylko wyjdę z sali egzaminacyjnej, to na pewno poinformuję was o wynikach ;-)
Uczelniany szał
Wielkanocne lenistwo dobiegło końca i powrót do rzeczywistości okazał się dość brutalny. Ponieważ prawdopodobnie już na początku czerwca odbędą się pierwsze obrony prac licencjackich, nagle wszyscy prowadzący i wykładowcy zorientowali się, że zostało nam mało czasu w naszej alma mater. Dlatego w ciągu tygodnia zapowiedziano mi kilka kolokwiów, muszę napisać dwie prace zaliczeniowe, zrobić kilka prezentacji, ustalono nam też terminy egzaminów (na sam środek Juwenaliów, o zgrozo!).
Mój kierunek (albo raczej podejście moich prowadzących) nie jest zbyt wymagający w ciągu trwania roku akademickiego i dopiero kiedy trzeba zaliczyć wszystko na raz okazuje się, że może to być nieco ponad sił rozleniwionych studentów. Ale nie ma się co użalać nad sobą ani poddawać, trzeba zrobić harmonogram, wziąć się do pracy i jakoś przetrwać. Jeśli dobrze pójdzie (a oczywiście pójdzie, bo czemu by nie) już za dwa miesiące będę miała w kieszeni tytuł licencjata i perspektywę trzech miesięcy błogiego lenistwa przed sobą. Byle teraz tylko jakoś przetrwać!
P.S. Przez najbliższe kilka tygodni nauka języków, czytanie i wszelka inna działalność zapewne pójdą w odstawkę, chociaż już tak dobrze mi szło, ale cóż, trzeba mieć jakieś priorytety...
Mój kierunek (albo raczej podejście moich prowadzących) nie jest zbyt wymagający w ciągu trwania roku akademickiego i dopiero kiedy trzeba zaliczyć wszystko na raz okazuje się, że może to być nieco ponad sił rozleniwionych studentów. Ale nie ma się co użalać nad sobą ani poddawać, trzeba zrobić harmonogram, wziąć się do pracy i jakoś przetrwać. Jeśli dobrze pójdzie (a oczywiście pójdzie, bo czemu by nie) już za dwa miesiące będę miała w kieszeni tytuł licencjata i perspektywę trzech miesięcy błogiego lenistwa przed sobą. Byle teraz tylko jakoś przetrwać!
P.S. Przez najbliższe kilka tygodni nauka języków, czytanie i wszelka inna działalność zapewne pójdą w odstawkę, chociaż już tak dobrze mi szło, ale cóż, trzeba mieć jakieś priorytety...
Semestr zimowy w końcu zakończony
Trochę po czasie, bo mogłam to załatwić już dawno, zdobyłam ostatni wpis - nareszcie mogę oddać indeks i z czystym sumieniem rozpocząć ostatni semestr;-) Muszę przyznać, że cel, który sobie postawiłam w październiku został osiągnięty - wyciągnęłam średnią powyżej 4 i choć wiem, że mogłoby być o wiele lepiej to i tak jestem dość zadowolona. Oczywiście nie wszystko jest tak różowe, jak być powinno - zdecydowanie za mało udzielałam się poza uczelnią, aktywność w organizacjach i fizyczna była prawie zerowa, ale teraz jestem w trakcie zmieniania tego. Póki co dalej realizuję postanowienia na rok akademicki 2011/2012 i wydaje mi się, że jestem na dobre drodze - oby tylko motywacji nie zabrakło;-)
Praca licencjacka ruszyła;)
W końcu!!!
Jest koniec listopada, niektórzy znajomi zaczynają już pisać pierwsze rozdziały, a je przez opieszałość promotorki, (no i swoje lenistwo - nie da się ukryć) dopiero dzisiaj uzyskałam błogosławieństwo dla swojego tematu oraz pytań badawczych. O czym będę pisać?
Jest koniec listopada, niektórzy znajomi zaczynają już pisać pierwsze rozdziały, a je przez opieszałość promotorki, (no i swoje lenistwo - nie da się ukryć) dopiero dzisiaj uzyskałam błogosławieństwo dla swojego tematu oraz pytań badawczych. O czym będę pisać?
"Marketing wirusowy w portalach społecznościowych"
Temat jest naprawdę interesujący (przynajmniej dla mnie:), znalazłam juz parę pozycji do bibliografii, niestety ponieważ temat jest dość świeży książki, które mogłabym wykorzystać nie są dostępne jeszcze w bibliotekach, dlatego zapewne będę musiała nieco zacisnąć pasa i zainwestować w swoją edukację. Dobrze, że jest allegro;)
Po kilku tygodniach marazmu mam wrażenie, że w końcu zaczynam robić COKOLWIEK - trzymajcie kciuki za moją czerwcową (mam nadzieję) obronę ;-) ;-)
Fatum, los, przeznaczenie...
Wierzycie w pecha? Bo ja nie. Wiem, że to podświadomość, że samospełniające się proroctwa, że sama sobie to w wmawiam i powinnam z tym walczyć - no ale kurcze, ten pech mnie po prostu prześladuje i NIC się nie da z tym zrobić!
A o co chodzi konkretnie? Oczywiście o uczelnię. W zeszłym roku, kiedy właściwie na niczym mi nie zależało, chciałam po prostu zaliczać konkretne przedmioty nie oglądając się na średnią, to jakoś wszystko samo szło - a to dostałam akurat najłatwiejsze pytania, a to starsze roczniki coś podpowiedziały odnośnie egzaminu, a to udało się zdać jakąś zerówkę przy minimalnym wkładzie własnym - po prostu miałam szczęście. I teraz nagle, kiedy zaczęło mi zależeć, kiedy założyłam sobie, że chcę mieć wyższą średnią (post z zakładem: KLIK ),to wszystko idzie nie po mojej myśli.
I to nie jest tak, że mam zbyt wysokie oczekiwania, że coś sobie wmawiam, że się nie uczę i oczekuję nie wiadomo czego - po prostu jeśli na 10 zagadnień 8 umiem świetnie, a 2 średnio - to z tych dwóch dostaję właśnie najbardziej szczegółowe pytania; jeśli mamy podział na grupy, to ta druga ma zadania, które są wprost dla mnie - a ja dostaję takie że ani be, ani me...
Staram się z tym walczyć, staram się nie użalać, uczę się dwa razy tyle co w tamtym semestrze i wierzę, ze dobra passa powróci... bo to kiedyś wraca, prawda???
O wadze średniej ocen i co z tego wynika
Do napisania tego postu skłoniły mnie znowu porównania z innymi, a raczej porównanie średniej innych do mojej. Jeszcze w gimnazjum oceny były dla mnie dość ważne - nie wyobrażałam sobie, jak można mieć świadectwo bez czerwonego paska. Już w liceum życie zweryfikowało moje poglądy i doszłam do wniosku, że lepiej się przyłożyć do przedmiotów, które będę zdawała na maturze, niż uczyć się fizyki i chemii, do których zbytnią miłością nigdy nie pałałam. Mimo to ukończyłam szkołę średnią z ocenami na w miarę dobrym poziomie i... zaczęło się.
Studia. Na dodatek kierunek uznawany za dość łatwy, gdzie, jak mogłoby się wydawać, zdobywanie samych piątek jest tylko formalnością. Ale tutaj pojawiają się schody, a mianowicie - po co to komu?
Oczywiście pierwszym argumentem, który zawsze pada w tego rozważaniach, jest stypendium naukowe. Dla kilku najlepszych studentów z całego roku, jakieś 200 zł za średnią 4,8. Warto? Jeśli ktoś i tak ma wysoką średnią, to zawalczenie o kilka lepszych ocen jest dobrą inwestycją, jednak jeśli ktoś uzyskuje zazwyczaj przeciętne, aczkolwiek zadowalające go wyniki - czy warto się szarpać i zarywać noce, żeby zamiast 4,5 dostać 5? Pewnie niektóre osoby stwierdzą, że warto - dla mnie jednak pieniądze nie są dostateczną motywacją.
Kolejnym argumentem, który przychodzi mi do głowy, jest presja społeczna. Czy na Waszych kierunkach, uczelniach też tak jest, że ludzie porównują się z innymi, komentują oceny i na tej podstawie budują swoją samoocenę? Oczywiście nie wszyscy, jednak znam grupę ludzi, dla których średnia jest wyznacznikiem być 'hot or not'. Zazwyczaj staram się nie uczestniczyć w takich rozmowach i unikam publicznego omawiania moich ocen (oraz narzekania jaki to wykładowca jest niesprawiedliwy, bo tu dwa punkty odjął w zadaniu a Kowalskiemu to odjął jeden, albo że pytanie na egzaminie było inne niż podane wcześniej zagadnienie i jak tu się można było odpowiednio przygotować). Brrrrr.
I ostatnim, który chyba najmocniej do mnie przemawia, jest osobiste poczucie satysfakcji z osiąganych wyników. Wiem, na ile mnie stać i że pewnie mogłabym mieć wyższą średnią, gdybym poświęciła uczelni więcej czasu. Jednak wolę dostać 4 zamiast 5 i mieć więcej czasu na naukę języków czy przeczytać interesującą mnie lekturę zamiast piątą pozycję ze spisu podręczników do danego przedmiotu. Nie uważam, żeby wysoka średnia była mi potrzebna do szczęścia, a w życiu zawodowym z pewnością niezbyt się przyda.
Jednak w poprzednim semestrze zauważyłam, że i tak trochę za bardzo sobie odpuściłam i moja średnia (pomimo tego, że nie była jakoś rażąco niska) niezbyt mnie zadowalała. Dlatego teraz postanowiłam wymyślić jakiś system motywujący, i oto co postanowiłam: jeżeli moja średnia w tym semestrze będzie najwyższa z tych, które do tej pory osiągałam na studiach, przeznaczę pięćset złotych z oszczędności 'na czarną godzinę' na zakupy (ciuchy, kosmetyki, buty - czyli to, co tygryski lubią najbardziej;d). Wydaje mi się, że nie jest to zakład bardzo zobowiązujący, a z drugiej strony zakupowe szaleństwo kusi...
No, to do roboty, sesja nadciąga i trzeba wyjść z niej zwycięsko;d
Subskrybuj:
Posty (Atom)



