Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samo życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samo życie. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 21 lipca 2013 | By: http://klaudiablog.pl

Powrót

     Ostatni post z 6 czerwca, wow... trochę mnie nie było.

     Ale że dużo się dzieje, to tylko w skrócie:


  • Zamknęłam sesję na socjologii - żaden wyczyn, ten semestr pod względem poziomu był naprawdę żałosny...
  • Hiszpański - do zaliczenia została mi gramatyka. Miałam przez całe wakacje powtarzać sobie po trochę, kończy się lipiec i jakoś.... nic. Ale od połowy sierpnia biorę się za to porządnie.
  • Praca - od paru tygodni pracuję w jednym z największych polskich banków w Departamencie Komunikacji Marketingowej - niestety tylko do 20 sierpnia, ale za to stanowisko mam fajne: prowadzę konkurs fotograficzny dla nowych klientów, oceniam czy zdjęcia są zgodne z regulaminem, sprawdzam czy uczestniczy spełniają wszystkie wymagania, odpowiadam na mailowe pytania, przygotowuję zestawienia itp. Praca całkiem fajna, chociaż trochę nudna - zgłoszeń nie ma zbyt wiele i większość czasu spędzam włócząc się po necie i udając, że coś robię.
  • WorkCamps! Decyzja totalnie spontaniczna, we wtorek wpadłam na ten pomysł a wczoraj już miałam odpowiedź - lecę na dwa tygodnie na Islandię! Szukałam czegoś egzotycznego, ale niestety - sama podróż do Meksyku czy Japonii kosztowałaby mnie ok. 10 000zł, więc odpada, a Islandia ma w sobie coś innego, tajemniczego, na swój sposób egzotycznego. Chociaż nigdy nie myślałam o niej jako o celu podróży, bo klimat zdecydowanie mi nie odpowiada, to uznałam że może jednak warto się przełamać i zrobić coś spotnaniczego ;-) Będę więc organizować międzynarodowy festiwal filmowy, zapowiada się ciekawie :-)
  • Wakacje - na Islandię mam lot z Londynu we wtorek wcześnie rano, więc uznałam, że skoro już będę w Anglii, to warto byłoby też tam trochę pozwiedzać ;-) znalazłam więc tanie schronisko młodzieżowe, tanie loty i spędzimy sobie weekend w Londynie :-) a potem sama polecę marznąć pośród wulkanów :p
     I jakoś przy tym wszystkim rozwój osobisty stanął w miejscu, chociaż mam sporo czasu, który mogłabym konstruktywnie wykorzystać, to jakoś ciężko się zmobilizować...

A jak Wasze wakacje?;-) 
środa, 17 kwietnia 2013 | By: http://klaudiablog.pl

Sezon na Włóczykijów otwarty



     Wiosna w pełni, wieczory dłużą się niemiłosiernie, a pogoda zachęca do przebywania na świeżym powietrzu. Przed akademikiem zrobiło się tłoczno - wszyscy spacerują, biegają, wyprowadzają różnego rodzaju zwierzęta - wysyp Włóczykijów, można powiedzieć. Można spotkać osoby, których nie widziało się od paru miesięcy. I jak tu siedzieć w pokoju i się uczyć, kiedy wszyscy znajomi siedzą sobie na ławeczce? ;-)



     Jakoś to nie idzie - a od tego tygodnia zaczyna się u mnie już przedsesyjne szaleństwo, bo wiadomo, niedługo weekend majowy, potem juwenalia, Boże Ciało, więc do końca semestru zostało naprawdę niewiele czasu. Jutro czekają na mnie dwa kolokwia, a ja cóż... włóczę się ;-) i jakoś nie mam ani ochoty na naukę, ani wyrzutów sumienia z tego powodu.
     A jak tam u Was? Jesteście w stanie skupić się na czymkolwiek?

PODOBNE POSTY:
Nie chce ci się uczyć?
wtorek, 9 kwietnia 2013 | By: http://klaudiablog.pl

Wyjazdowe warsztaty wegetariańskie

     Natknęłam się dzisiaj na niezwykle interesującą ofertę wyjazdowych warsztatów wegetariańskich do Wołowca. Zajęcia prowadzone będą przez inspirujących prowadzących, a w programie m.in. wspólne gotowanie i smakowanie potraw, omówienie zasad zdrowego odżywiania, refleksje na temat własnego odżywiania i działania poszczególnych potraw i przypraw na nasz organizm, a to, co najbardziej zwróciło moją uwaę to fakt, że można się dowiedzieć np. jak zakisić swojski żur, jak zrobić zakwas na chleb, upiec drożdżową babkę, przygotować domowy jogurt w 5min bądź przygotować świąteczne dania bez mięsa.
     Jeśli chodzi o koszty, to uczestnicy we własnym zakresie pokrywają koszt noclegów (4*35zł), natomiast cena warsztatów opiera się na zasadzie "Płacisz ile chcesz", czyli po zajęciach każdy sa ocenia, ile zyskał dzięki zajęciom i jaką cenę jest w stanie za nie zapłacić.
     Więcej informacji znadziecie tutaj: KLIK.

     I pytanie do Was - braliście może kiedyś udział w podobnych warsztatach? Myślicie, że warto? Gdyby nie fakt, że warsztaty odbywają się tuż przed samą sesją z pewnością już dawno bym się na nie zapisała, jednak nie wiem, czy dam radę napisać wcześniej wszystkie kolokwia albo jakoś to zorganizować, żeby wygospodarować te kilka dni wolnego... no cóż, życie to sztuka dokonywania wyboru ;-)

wtorek, 26 marca 2013 | By: http://klaudiablog.pl

Filologia hiszpańska od podszewki




     Na prośbę czytelników (zwłaszcza Koharu) dzisiaj opiszę wam, jak wyglądają studia na filologii hiszpańskiej ;-)




     Na Uniwersytecie Śląskim, gdzie studiuję, naukę języka zaczyna się od podstaw. Prawda jest jednak brutalna - zdecydowana większość studentów posługuje się już tym językiem całkiem nieźle, a jakieś 15-20% jest po klasie dwujęzycznej, a co za tym idzie mówią po hiszpańsku niemalże płynnie i jak można się domyślić znacznie zawyżają poziom. Oczywiście nie ma co narzekać, ale dla osoby, które nie uczyła się wcześniej hiszpańskiego (takiej jak ja) przebrnięcie przez pierwszy semestr jest dość trudne, bo prowadzący  strasznie gonią z materiałem i niektóre rzeczy traktują jako oczywiste, a potem trzeba siedzieć i wszystko nadrabiać. To, co jest bardzo na plus, to częste kolokwia (na które trzeba się przygotowywać bardzo kompleksowo, na gramatyce nagle może się okazać, że na 55 stronie w ostatnim przykładzie było słówko oznaczające "dąb korkowy", i tłumaczenie trzeba znać...), chociaż dla mnie bardzo męczące jest np przygotowywanie mnóstwa prac pisemnych czy wypowiedzi na konwersacje (tematyka różnorodna, począwszy od form opodatkowania poprzez zwyczaje karnawałowe na Balearach, na transferach w klubach sportowych skończywszy).
     Jeśli chodzi o przedmioty to dla mnie, pasjonatki języków, największe znaczenie ma oczywiście Praktyczna Nauka Języka Hiszpańskiego - u mnie składająca się z czterech przedmiotów, a mianowicie:
 - gramatyka * 2 - a te 3 godziny tygodniowo to i tak za mało, po pół roku nauki teoretycznie znam już wszystkie możliwe czasy, konstrukcje, condicionales, imperativo, subjuntivo itp,
 - konwersacje - byłoby miło gdyby nie prowadząca ;-), a tak na poważnie to dla mnie przedmiot dość problematyczny, bo naprawdę dopiero uczę się tego hiszpańskiego i mam problemy z formułowaniem zdań no i dość trudno mi się przebić w grupie, w której jakieś 50% osób mówi już płynnie... i szybko... i dużo :/
 - język pisany - w zasadzie mój ulubiony, piszemy krótkie formy na zajęciach i dłuższe w domu, zazwyczaj na tych zajęciach przyswajam najwięcej słownictwa i mam wrażenie, że są najpraktyczniejsze ze wszystkich
 - rozumienie ze słuchu - muszę przyznać, że na tych zajęciach bywam rzadko (i w ogóle mało osób na nich bywa), bo prowadząca jest bardzo młoda, niedoświadczona i w zasadzie sama nie wie, co ma z nami robić - a poza tym z rozumieniem ze słuchu nigdy nie miałam problemów i ogólnie jakoś sobie radzę ;-)
     Drugim punktem tych studiów, który jeszcze w miarę przykuwa moją uwagę jest lektorat z języka obcego - mieliśmy do wyboru angielski, włoski i portugalski. Zajęć jest niewiele (3h tygodniowo) i podzielone są na działy - "konwersacje i rozumienie ze słuchu" oraz "gramatykę i język pisany". Niestety, panie prowadzące (starsze ode mnie o jakieś 2-3 lata, czyli w zasadzie zaraz po magisterce i dość niedojrzałe w swym zachowaniu) nie bardzo przykładają się do zajęć, ja rozumiem, że to drugi język, że może wiele osób traktuje go jak kulę u nogi i one nie chcą wywierać zbyt dużej presji, ale naprawdę mogłyby mieć jakiekolwiek wymagania...
     Poza tym mamy również szeroko rozumiane "inne przedmioty", takie jak: Historia Cywilizacji Hiszpańskiego Obszaru Językowego (może jestem negatywnie nastawiona, ale naprawdę mało mnie obchodzi w jakiej hiszpańskiej jaskini są malowidła z jakiego okresu), Teoria i Praktyka Przekładu (chyba sama pani profesor nie wie o czym mówi), Wstęp do Literaturoznawstwa, Podstawy Językoznawstwa, Językoznawstwo Stosowane i milion innych rzeczy, które jakoś mnie nie przekonują, ale jak trzeba, to trzeba...
     Ach, no tak, i mój hit - Marketing i ekonomia - przedmiot do wyboru, zdecydowałam się na niego bo miałam już takowy na poprzednich studiach i byłam pewna, że uda się jakoś przepisać ocenę, ale okazalo się, że zajęcia odbywają się po hiszpańsku. Jeśli studiujecie jakąś filologię to pewnie stwierdzicie, że nic dziwnego, ale opowiadanie o prawach popytu i podaży, inflacji czy międzynarodowych stosunkach gospodarczych osobom, które formalnie są na poziomie A1 - en serio?


     No, to na razie tyle, dość formalnie ale to tak szeroki temat że nie bardzo wiedziałam, jak go ugryźć - więc jeśli macie jszcze jakieś pytania, chcielibyście się czegoś dowiedzieć - pytajcie w komentarzach, chętnie odpowiem ;-)

PODOBNE POSTY:
Kręci się :-)
Przygotowania do hispanistyki - podsumowanie :-)
Przygotowania do hispanistyki :-)
Kandydat zakwalifikowany :D
sobota, 15 grudnia 2012 | By: http://klaudiablog.pl

eZakupy - Tesco!

     Zauważyliście pojawiające się ostatnio wszędzie reklamy eZakupów w Tesco?
     Postanowiłam sprawdzić, co się za tym kryje i... jestem zachwycona :-) Z perspektywy studentki ta opcja ma trzy bardzo znaczące plusy - po pierwsze pozwala na spore oszczędności, bo jednak mam możliwość przejrzenia na spokojnie oferty, wybrania tego, co jest mi akurat potrzebne (świetną opcją jest podana przy każdym produkcie cena za kg, w sklepie raczej nie zwracam na to uwagi a tutaj naprawdę rzuca się w oczy i pomaga w racjonalnych zakupach), no i odpadają problemy typu "przekąsiłam bym coś, a że już tu jestem, to jeden mały batonik albo bułka i chipsy do tego nie zaszkodzą". Kwestia druga - oszczędność czasu jest ogromna! Przede wszystkim nie muszę jechać do sklepu, błąkać się wśród półek poszukując tego, co sprytni marchendiser ukrył przede mną za stosem niepotrzebnych, ale kuszących produktów. Skończyło się mleko - po prostu wpisuję hasło w wyszukiwarkę, wybieram to, które najbardziej mi odpowiada i wrzucam do koszyka (oczywiście jeżeli jest mi natychmiast potrzebne nowe, to lepiej jest pójść do sklepu, ale... śnieg, mróz, ciemno - dochodzę do wniosku, że z pewnością mleka nie potrzebuję). Znika też problem z zapominaniem o tym, co miałam kupić i przypominaniem sobie po fakcie. No i ostatnie, co dla mnie jest mega ważne - nie muszę już tachać wypchanych torb, znosić uszek od reklamówek obrywających się w najmniej odpowiednich miejscach oraz dźwigać tego wszystkiego w autobusach. A co do przesyłki zakupów przez Tesco - po prostu wybieramy najbardziej odpowiadającą nam datę i godzinę i... możemy zająć się tym, co lubimy najbardziej :-)

     No, to się wygadałam, ale jakoś tak mnie usatysfakcjonowała ta opcja, że musiałam się nią podzielić :p
     A wy, co myślicie o zakupach online?
wtorek, 16 października 2012 | By: http://klaudiablog.pl

Internety, zaległości i inne pierdoły

     Mieszkanie na akademiku ma swoje złe strony - tak, wszyscy to wiedzą, ale ostatnia "zła strona" zaskoczyła mnie niespodziewanie i boleśnie. Padły serwery (czy coś) i przez kilka dni byłam pozbawiona dostępu do internetu. Oczywiście nie był to jakiś mega problem, bo najpilniejsze rzeczy można było załatwić w pracowni na uczelni, pocztę sprawdzić na smartfonie, ale gdy dziś w końcu internet powrócił i weszłam na Remember The Milk.... o, Boże. Wszystko leży!
     Na SuperMemo miliony powtórek, nie wyrabiam się z terminami, które narzuciłam sobie w związku z projektem 2012/2013 i mam do załatwienia mnóstwo jakichś drobnych, bardziej lub mniej istotnych spraw, które całkiem wyleciały mi z głowy.

The question is... czy ja jeszcze mogę funkcjonować bez internetu???

     Zapewne tak, bo przecież przeżyłam te kilka dni, pamiętałam, żeby oddychać i się odżywiać, ale co z moim rozwojem osobistym? Co z narzuconą sobie regularnością i terminami? Co z tymi wszystkimi rzeczami, bez których miliony ludzi na świecie są szczęśliwe, a ja nie wyobrażam sobie życia?
     A może podświadomie przyjęłam brak internetu z ulgą, bo nie mogąc robić NIC mogłam w końcu poleżeć, pogapić się w sufit i siorbać herbatę? Może potrzebuję takiego resetu? Może internet w niczym nie pomaga, tylko więzi?

     No tak, wypowiedź niezwykle chaotyczna, zapewne będąca reakcją na odzyskany nagle dostęp do świata :D Ale ma jeden dość istotny cel - a mianowicie, jak radzicie sobie z brakiem internetu? Żyjecie bez niego czy egzystujecie? Pamiętacie o wszystkim na co dzień, czy też zdajecie się na elektroniczne przypominacze? Internet ułatwia wam czy utrudnia rozwój osobisty?
wtorek, 4 września 2012 | By: http://klaudiablog.pl

Tabelka oszczędnościowa :-)



    Ponieważ w lipcu wydałam zdecydowanie za dużo, uznałam, że czas zacisnąć pasa. Przygotowałam więc odpowiednią tabelkę, przez cały sierpień codziennie dokonywałam skrupulatnych zapisków i... mam efekty :-)


     Nie, żeby oszczędności, do tego pewnie jeszcze daleka droga, ale przynajmniej wiem, ile na co wydaję (o zgrozo!) i na czym mogę najwięcej zaoszczędzić. Mam nadzieję, że we wrześniu pójdzie już lepiej.
     A skąd te nagłe oszczędności? Bo zamarzył nam się wyjazd...


... tak, tak, do Paryża! Doszliśmy ze znajomymi do wniosku, że zamiast wydawać 'drobne' na colę z automatu, piwo w knajpach i fast-foody (bo to niby parę złotych, a w skali miesiąca jednak wychodzi kilkadziesiąt lub sporo więcej) lepiej zadbać o zdrowie i wydać pieniądze chociażby na fajny weekend, który będzie się wspominać latami.

     Sierpień potraktowałam więc jako miesiąc próbny, ale pod koniec września mam już zamiar przelać konkretną (jak na moje możliwości) sumkę na konto oszczędnościowe :-)

     A może Wy macie jakieś pomysły na studenckie oszczędzanie? ;-)
    
czwartek, 9 sierpnia 2012 | By: http://klaudiablog.pl

Przestać odwlekać?

     Do wszystkich poradników związanych z zarządzaniem czasem i jego organizacją zawsze byłam nastawiona sceptycznie. Zawsze twierdziłam, że nie ma jednej, uniwersalnej rady dla każdego - to kwestia wypracowania odpowiednich nawyków i dopasowania rozkładu dnia do trybu życia, przyzwyczajeń, potrzeb i celów. Chociaż z niektórymi aspektami mojego życia miałam pod tym względem problemy (tak, tak, uczelnia i te sprawy), to jednak uważałam, że sama sobie z tym poradzę i żadne poradniki za mnie problemu nie rozwiążą.
     Jakiś czas temu natknęłam się jednak na e-booka Barta Popiela pt. "Przestań odwlekać". Pomyślałam, że będzie to zbiór typowych, ogólnych rad dla nieogarniętych ludzi, ale już na drugiej stronie moją uwagę przykuło zdanie - "Odwlekają uczniowie i studenci – ta grupa, moim zdaniem, ma z tym największy problem. Uczą się na ostatnią chwilę, piszą referaty i prace zaliczeniowe dzień przed ostatecznym terminem, mimo że było na to trzy miesiące." No cóż, jeśli ktoś już tak bezpośrednio zwerbalizował mój problem, to może ma coś więcej do powiedzenia na ten temat :-)
     Szczerze mówiąc, wchłonęłam e-booka w jeden wieczór. Muszę przyznać, że znalazłam w nim kilka odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, np. dlaczego odwlekam, jakie nawyki przydałyby mi się, aby pracować bardziej systematycznie, jakie warunki powinnam sobie stworzyć, żeby walczyć z opóźniaczami.Wiadomo, że trudno tutaj o odkrycie Ameryki i autor w wielu przypadkach posługuje się nieco banalnymi przykładami, ale może w taki właśnie sposób najłatwiej przemówić do rozsądku... Pojawia się też sporo z pozoru prostych rad zaczerpniętych z życia, które naprawdę można wykorzystać by uefektywnić swoją pracę.
     Jednak nie ma się co oszukiwać - ta książka nie nauczyła mnie, jak skutecznie przestać odwlekać. Nikogo by nie nauczyła, a to z jednego prostego powodu - tego nie da się nauczyć. To wymaga ciężkiej pracy nad sobą (co jest oczywiste) oraz być może zastosowania paru prostych trików, które autor podaje nam na tacy ;-) Jasne, że każdy musi wypracować swoją metodę i zwalczyć swoje nawyki. Można jednak ułatwić sobie tę walkę i podejść do sprawy z pełną świadomością problemu i gotowym planem działania.

niedziela, 11 grudnia 2011 | By: http://klaudiablog.pl

Przeprowadzka

Pozmieniało się ostatnio w moim małym, akademikowym świecie... przez całe wakacje czekałam, żeby już do niego wrócić i sielanka z moją "drugą rodziną" trwała całe dwa miesiące, ale niestety, skończyła się. Niedawno kilka osób się wyprowadziło (z własnej inicjatywy lub zostały do tego zmuszone przez okoliczności), w tym moja współlokatorka, z którą przemieszkałam dwa lata - ale cóż, mężczyzny jej nie zastąpię, byle tylko jej się dobrze mieszkało i wpadała często na kawę :p
I tak oto los zdecydował, że dzisiaj musiałam się przeprowadzić. Co prawda do pokoju obok, do dziewczyny, z którą zdążyłam się już nieźle zakumplować przez ostatnich kilka miesięcy, więc mam nadzieję, że jakoś nam się ułoży wspólne mieszkanie - chociaż wiadomo, że co innego żyć z kimś przez ścianę a co innego w tym samym pokoju...
A dlaczego piszę o tym na blogu o samorealizacji? Właściwie nie wiem, może po prostu potrzebuję się wygadać, nie lubię zmian i trochę się ich obawiam... poza tym nowa współlokatorka zapewne będzie miała spory wpływ na mój rozwój, jest ambitna i mam nadzieję, że będzie mnie motywowała do nauki;-)

P.S. Okazało się, że zostałam również wytypowana do egzaminu TELC z włoskiego - poziom A1. Właściwie nie wiem, po co będzie mi taki certyfikat (zakładając, że zdam), tak początkujący poziom to aż głupio sobie wpisywać w CV. No i egzaminy są dzień po dniu, w najbliższy weekend, więc zostaje mi niewiele czasu na naukę. Ale nie mogę sobie odpuścić, jak jest szansa, to trzeba ją wykorzystać!
czwartek, 27 października 2011 | By: http://klaudiablog.pl

O rozrywkach intelektualnych;)

     Dzisiaj nieco lżejszy temat, ale według mnie do rozwoju osobistego pasujący jak ulał - rozwijanie logicznego myślenia i "potęgi umysłu", czyli szachy, warcaby, etc... gracie?;)
     Na moim piętrze od kilku dni trwa, spontanicznie zorganizowany przez sąsiadów, turniej warcabowy. Początkowo pomysł spotkał się głównie z ironicznymi uśmieszkami, ale po chwili namysłu doszliśmy do wniosku, że dlaczego nie? Ustaliliśmy system rankingowy, rozrysowaliśmy tabelki, no i się zaczęło;)
     Co prawda nie można powiedzieć, żeby rozgrywki warcabowe były zbyt widowiskowym zjawiskiem, jednak i tak co wieczór na korytarz wychodzi kilka osób by dopingować grających - oczywiście tematy rozmów daleko odbiegają od rozgrywanej partyjki, co irytuje grających, jednak w momentach krytycznych emocje sięgają zenitu. Jak do tej pory udało mi się rozegrać dwie partie - jedną z powodzeniem, z drugą niestety poszło gorzej. Zresztą zaczynając grę i tak sądziłam, że przegram z kretesem - na co dzień nie kieruję się zbytnią logiką, nie dostrzegam wszystkich wyjść z danej sytuacji i ciężko mi przewidzieć wszelkie konsekwencje moich działań, jednak siedząc nad rozłożoną planszą dochodzę do wniosku, że są to cechy, które można zmienić - zacząć więcej myśleć, badać różne opcje, nie iść po najmniejszej linii oporu, szukać innych rozwiązań i nie działać pochopnie.
     Turniej warcabowy zapewne zakończę na jednej z ostatnich pozycji, jednak mam nadzieję, że owa gra zagości na stałe na naszym korytarzu i nieraz wieczorem 'strzelimy sobie partyjkę', a wnioski z rozgrywek przeniosę do swojego życia.

     Aha, no i jeszcze jedna ciekawostka - aktualnie nasz korytarz stanowi mega-sensację na akademiku, ludzie z innych pięter schodzą się do nas, żeby zapytać "To wy naprawdę nie pijecie?... a mogę też zagrać?". A co, trzeba walczyć ze stereotypami, student też potrafi!;)

czwartek, 4 sierpnia 2011 | By: http://klaudiablog.pl

O kapitale społecznym - refleksje

          W XXI wieku ciężko jest nawiązać trwałe relacje z innymi ludźmi.

     Kontrowersyjna teza? Być może, ale zgadzam się z nią w 100%. Ponoć najwięcej znajomych ma człowiek około osiemnastego roku życia. Biorąc pod uwagę współczesny system edukacji w Polsce - nic dziwnego. Żłobek, przedszkole, zerówka - chyba nie ma sensu przywiązywać większej wagi do zawartych tam znajomości. Potem? Ledwie człowiek zacznie podstawówkę, a tu już koniec - i gimnazjum, nowi znajomi. Trzy lata mijają jak z bicza trzasnął i już - liceum. Historia się powtarza i mamy znowu licencjat, potem magisterka. Przez nasze życie przewijają się tysiące ludzi, których nawet nie mamy szansy dobrze poznać - ledwo przyzwyczaimy się do siebie a już nasze drogi się rozchodzą, rozjeżdżamy się po świecie, trafiamy na nowych, potencjalnych przyjaciół, ze świadomością że i oni niedługo przeminą.

     Czy to dobrze?

     Z jednej strony - nie. Bo jak w takich warunkach można nawiązać prawdziwą, długotrwałą przyjaźń? Oczywiście nie twierdzę, że jest to całkowicie niemożliwe, jednak ciągła zmiana otoczenia, inni znajomi, inne problemy, brak wspólnych spraw z pewnością nie wróżą dobrze... A może po prostu zwalić całą winę na pęd życia w postindustrialnym świecie? Tak, z pewnością to łatwiejsze, jednak prawda jest taka, że to my sami często zaniedbujemy prawdziwe przyjaźnie na rzecz nawiązywania nowych kontaktów...

     Jednak z drugiej strony - może to dobrze? Nigdy nie wiadomo, jakie "kontakty" mogą się przydać. Kapitał społeczny jest - obok ludzkiego i ekonomicznego - jedną z najbardziej cenionych wartości we współczesnym świecie. Ruda Jolka z liceum została kardiologiem (och, akurat ostatnio serce mnie pobolewa)? A Janek z podstawówki ma zakład szklarski (dzieciaki z sąsiedztwa znowu wybiły nam szybę w piwnicy grając w piłkę)? Oczywiście nieco hiperbolizuję, ale jeśli my w miarę możliwości pomagamy starym znajomym, a oni mają możliwość pomóc w czymś nam - czyż nie jest to niewątpliwy plus? Opierając się na wzajemnym zaufaniu i lojalności można dojść dalej (nawet wdrobnych, nieistotnych na pozór dziedzinach życia) niż w pojedynkę.

     Jakieś wnioski? Wszystko ma swoje dobre i złe strony. Nie można jednak wymieniać prawdziwej przyjaźni na najbardziej nawet rozbudowaną siatkę dalekich znajomych. Tylko niestety ciężko tą prawdziwą przyjaźń utrzymać... Może teraz już tak po prostu będzie - na każdym etapie życia inni znajomi?
     Wynalazek XXI wieku - Przyjaźń Terminowa...



piątek, 22 lipca 2011 | By: http://klaudiablog.pl

Studium policealne - warto???

         Ostatnio doszłam do wniosku, że po powrocie do akademika (czyli mojego normalnego trybu życia - niech te wakacje już się kończą!)  moje zasoby wolnego czasu powiększą się o weekendy, których już nie będę spędzać w domu z chłopakiem. Te dodatkowe kilka dni warto by jakoś wykorzystać - i tutaj pojawia się pomysł, który wpadł mi do głowy już przed dwoma laty - szkoła policealna:)
          Po przejrzeniu ofert kilku najpopularniejszych tego typu placówek doznałam lekkiego zawrotu głowy od ilości, różnorodności i dziwności proponowanych kierunków (no ale może kiedyś zbiorę się w sobie i poświęcę rok na naukę Prowadzenia gospodarstwa domowego, po którym otrzymam zacny tytuł: Specjalista - Gospodyni domowa;) ). Udało mi się jednak znaleźć kilka interesujących pozycji, ale ponieważ od przyszłego roku planuję zacząć zaocznie studia magisterskie, w grę wchodzi tylko szkoła jednoroczna, a więc niestety - płatna, dająca zaledwie tytuł specjalisty. Perspektywa uczenia się czegoś nowego, interesującego, choćby czysto hobbystycznie, poznanie nowych ludzi, spędzenie czasu inaczej niż przed monitorem komputera jest niezwykle pociągająca, jednak... czy warto? Zawsze to jakiś punkt w CV, jednak chyba niewiele wnoszący, może lepiej było by zaoszczędzić pieniądze i wydać je za rok na jakąś podyplomówkę, lub znaleźć porządny kurs? No i jeszcze dochodzi do tego ten mój słomiany zapał... jeśli zajęcia nie okażą się wystarczająco interesujące lub przeważy chęć weekendowego imprezowania będę żałować, że narzuciłam sobie jakieś dodatkowe obowiązki. Z drugiej strony... jeśli nie będę miała konkretnej mobilizacji ('płacę za zajęcia więc szkoda nie iść') to mogę znów popaść w marazm i pogrążyć się w lenistwie...
          Jakoś strasznie trudno mi ostatnio przychodzi podejmowanie decyzji;) A im dłużej nad tym myślę tym więcej absurdalnych argumentów przychodzi mi do głowy... może to i dobre ćwiczenie na wyobraźnię;) W każdym razie sprawa pozostaje otwarta i pewnie cokolwiek zadecyduję, po jakimś czasie pożałuję decyzji. No cóż, póki co mam wakacje i mogę przełożyć rozważania na bliżej nieokreślonej później.
          A może ktoś z Was uczy się w szkole policealnej i może coś powiedzieć na temat jej plusów/minusów z własnego doświadczenia?;) Lub po prostu podzielić się swoją opinią. Zachęcam do dyskusji, nie ukrywam że każdy postronny głos "za" lub "przeciw" będzie dla mnie niezwykle istotny:)



niedziela, 19 czerwca 2011 | By: http://klaudiablog.pl

Introwertyzm

          Kilka dni temu pod wpływem rozmowy z jedną z moich znajomych zaczęłam się zastanawiać, czy ja aby przypadkiem nie jestem introwertyczką?
           Z podziałem na intro- i ekstrawersję Junga spotkałam się już dość dawno, jednak nie przyszło mi wtedy nawet do głowy by zastanawiać się, która z tych cech bardziej do mnie pasuje. A ponieważ ostatnio w moim życiu dokonuje się wiele istotnych zmian, wiele spraw usiłuj sobie poukładać, doszłam do wniosku, że dobrze byłoby (dla własnej świadomości) wyjaśnić sobie i tę kwestię. Jak się do tego zabrałam? Znalazłam listę cech, które charakteryzują introwertyków i odniosłam je do swojej osobowości. Oto wyniki: (zainteresowanym polecam odniesienie jej do siebie, a nuż okaże się, że nie jestem jedyna;) ):

Introwertycy zwykle:
  • zyskują energię kiedy są w samotności, a tracą wśród ludzi, - tutaj zgadzam się w 75%, jeżeli ludzie otaczający mnie są pozytywni i mają również dobry stosunek do mnie, zyskuję wśród nich energię
  • czerpią energię ze świata wewnętrznego, tj. uczuć, idei, wrażeń, - niekoniecznie, częściej czerpię energię z bodźców zewnętrznych
  • są dobrymi słuchaczami, - i co tu począć z wrodzoną skromnością?;) ale fakt, na ogół ludzie chętnie powierzają mi swoje sprawy, więc pewnie coś w tym jest
  • myślą zanim coś zrobią lub powiedzą, - zgadza się całkowicie, najbardziej nienawidzę osób paplających co im ślina na język przyniesie albo działających pod wpływem impulsów, zdecydowanie wolę działać/mówić po przynajmniej pobieżnym przeanalizowaniu sytuacji
  • utrzymują większy kontakt wzrokowy podczas słuchania kogoś, niż podczas mówienia do niego, - ciężko stwierdzić, jakoś do tej pory nie zwracałam na to uwagi
  • mają niewiele zainteresowań, ale w każde zainteresowania bardzo się zagłębiają, - trochę tak, trochę nie - owszem, we wszystkie zainteresowania staram się maksymalnie zaangażować, ale nie powiem, żeby było ich mało
  • tylko głębokie relacje z innymi nazywają "przyjaźnią", - zgadza się, mam wielu znajomych, ale prawdziwych przyjaciół... nie wiem, czy w ogóle jacyś są
  • wolą rozmowy w cztery oczy niż w grupie, - zdecydowanie tak! z doświadczenia wiem, że jeżeli zbiera się więcej niż cztery osoby to każdy stara się zawrócić na siebie uwagę, zdominować rozmowę, przedstawiać swoje poglądy jako jedynie słuszne - rzadko kiedy mieszam się w tego typu sytuacje, wolę spokojne rozmowy
  • mówią wolno, z przerwami, - i w tym momencie żałuję, że moi znajomi z akademika nie znają adresu tego bloga - od jakiegoś już czasu słyszę, że powinnam częściej pić, bo wtedy "mówię szybciej i więcej, no i w ogóle to bardziej otwarta jestem";););)    ale o tym to chyba nawet napiszę osobnego posta;)
  • aby się skupić potrzebują ciszy, nie lubią gdy im się przerywa pracę lub jakiekolwiek inne zajecie (np. dzwonkiem telefonu) - nieprawda, zawsze muszę mieć włączoną muzykę / telewizor / komunikator internetowy, podczas nauki robię co chwilę przerwy i lubię np. niezapowiedziane wizyty
  • korzystają z pamięci długotrwałej, przez co często mają uczucie "pustki w głowie" i mogą mieć problemy ze znalezieniem odpowiedniego słowa podczas rozmowy. - zależy od tematu - jeśli mówię o tym, co mnie interesuje, w co jestem zaangażowana czy mam jakiś sprecyzowany pogląd, to nie miewam tego typu problemów, tak jak i z przywoływaniem konkretnych słów z pamięci
  • lepiej niż ekstrawertycy radzą sobie z zadaniami wymagającymi skupienia uwagi, - ciężko stwierdzić, pewnie musiałabym zwrócić większą sytuację na porównania w określonych sytuacjach
  • na studiach osiągają lepsze wyniki niż ekstrawertycy, - oj tak tak, z pewnością, gdyby tylko nie to lenistwo;)
  • łatwiej uczą się czytając niż przez rozmowę z innymi - może też coś w tym jest...
  • wolą dowcip ujawniający niestosowność i niedopasowanie, - ??? wtf ??? - nie stwierdziłam różnic pomiędzy sobą a ekstrawertycznymi znajomymi
  • pracują tak samo niezależnie od tego, czy są chwaleni, czy nie, - zgadzam się w 100%, wiadomo, że pochwały są miłe, ale nie mają jakiegoś znaczącego wpływu na moje życie i stosunek do pracy czy nauki
  • nie lubią rozmów "o pogodzie", - zdecydowanie tak, skoro nie ma się o czym rozmawiać to po co to robić? sama konwersacja dla konwersacji nie sprawia mi satysfakcji...
  • mogą mieć trudności w zapamiętywaniu twarzy i nazwisk, - nie stwierdzono

          Reasumując, cóż mogę powiedzieć? Nie ma typów idealnych, również konstrukt Junga zakłada, że istnieją typy pośrednie. Analizując powyższą listę stwierdzam, że mam wiele cech introwertyka, co właściwie mnie nie dziwi. Nigdy nie byłam tak otwarta jak inni moi znajomi, wolałam sobie znaleźć własny świat - może w świecie zdominowanym przez ekstrawertyków wiele osób uważa to za wadę, (och, ta twoja nieśmiałość, zrób coś z tym!;) ), jednak przynajmniej kiedy zostaję sama, jest mi ze sobą naprawdę dobrze.
     



         BTW, są jacyś introwertycy na sali?;)
niedziela, 12 czerwca 2011 | By: http://klaudiablog.pl

Punkt zwrotny w moim życiu

          No i stało się. Po niemal trzech latach - zakończyłam swój związek. Mimo wielu obaw, niepewności i strachu jednak nie mogło być inaczej - to już dawno straciło sens, bilans zysków i strat wyszedł na minus, a ja w końcu zebrałam się na odwagę, żeby wyrwać się z tej ostoi poczucia bezpieczeństwa - w której poza nim nic mnie już nie trzymało.
          Decyzja podjęta, ale dlaczego o tym piszę na blogu o samorealizacji? Właśnie dlatego, że teraz wiele moich celów ulegnie pewnie zmianie, przewartościuję wiele spraw i zapewne zmienię poglądy na parę spraw. Nie mam już przed sobą pewnej (choć nudnej) przyszłości, teraz wszystko zależy ode mnie.
          
          Naprawdę - WSZYSTKO ZALEŻY ODE MNIE!!!

          Mam teraz przed sobą mnóstwo możliwości i niewiele zobowiązań. Mogę w końcu zrobić to, przed czym związek skutecznie mnie powstrzymywał - wyjechać na Erasmusa, pojechać do pracy za granicę, przejechać Europą autostopem, zostać kim zechcę i kiedy zechcę. No i przede wszystkim - dawno nie czułam się już tak po prostu... wolna;)
         I pewnie smutek jeszcze mi trochę potowarzyszy, wspomnienia i sentyment zostaną na zawsze, ale czasem trzeba przerwać zaklęty, bezsensowny krąg i otworzyć się na życie. Przecież jeszcze jestem młoda i tyle rzeczy przede mną - jak to mówi moja babcia;)


niedziela, 29 maja 2011 | By: http://klaudiablog.pl

Rozwój osobisty a uzależnienie od komputera

          Przeglądając ostatnio swoją listę zadań na maj zauważyłam, że wiele z nich wymaga użycia komputera. Nie byłoby w tym nic dziwnego, w końcu mamy XXI wiek i ciężko sobie wyobrazić świat bez PC-tów, jednak...
          No właśnie, nie zawsze ma się do niego dostęp. Z jednej strony jest to bardzo dobre, bo uważam, że regularne, codzienne korzystanie z niego może łatwo prowadzić do uzależnienia, jednak z drugiej strony - brak regularności prowadzi do zaległości. Chociażby programy do nauki języków - niektóre owszem, przewidują przerwy w ich używaniu, jednak z góry ustawione są na codzienne powtórki. Jeżeli przez kilka dni (wyjazd, problemy ze zdrowiem, awaria komputera) nie mamy dostępu do internetu, ciężko to potem nadrobić. Różnego rodzaju kursy e-learningowe, które - pomimo wielu oczywistych zalet - pochłaniają jednak mnóstwo czasu, izolują nas od społeczności, z którą spotykalibyśmy się uczęszczając na kursy stacjonarne, ponadto dają nam złudne poczucie swobody wyboru - możemy do nich usiąść w dowolnej chwili, poświęcić im dowolną ilość czasu, aż nagle okazuje się, że minął już miesiąc przewidziany na jego zrealizowanie i koniec - nieważne, że nie mieliśmy akurat dostępu do Internetu, skoro zdecydowaliśmy się na kurs, zadeklarowaliśmy naszą obecność w wirtualnym świecie.
          Maj był dla mnie miesiącem obfitym w wydarzenia i niestety, mój dostęp do Internetu był bardzo ograniczony. Z tego powodu moja nauka języków mocno ucierpiała i mam świadomość, że gdybym zapisała się na normalny, stacjonarny kurs w szkole językowej, odczuwałabym większy przymus, żeby jednak na zajęcia pójść - w końcu zapłacone, to trzeba wykorzystać. Niestety, komputer mnie do porządku nie przywoływał, naliczał tylko w ciszy kolejne powtórki, z którymi niedługo pewnie przyjdzie mi się zmierzyć. I z jednej strony odczuwam pewną skruchę, że zaniedbałam swoje postanowienia, bo przecież świadomie wybrałam inne zajęcia zamiast siedzenia przed komputerem, ale z drugiej strony - czy naprawdę nie mogę się rozwijać bez tej maszyny?
        
sobota, 21 maja 2011 | By: http://klaudiablog.pl

Juwenalia w trakcie

          Jest sobota, za mną trzy dni imprez i już tylko ostatni wieczór przede mną. Oczywiście nie, żebym narzekała - ale czasu na sen, odpoczynek, jedzenie jest naprawdę niewiele. Najgorsze, że ciężko odróżnić od siebie poszczególne dni. Pewnym wyznacznikiem było czwartkowe kolokwium - było naprawdę ciężko, ale o 11 pojechałam do czytelni, nauczyłam się i zdałam;) Po powrocie do akademika czekało już na mnie zimne piwko... tak to można żyć;)
          Wczoraj koncert - straciłam w pięć godzin tyle kalorii, ile przez ostatni miesiąc. Dzisiaj wszystkie mięśnie bolą, ale było warto;) Mam nadzieję, że dziś wieczorem będzie spokojniej. 
          A we wtorek znowu egzamin (na szczęście bardzo lubię ten przedmiot, więc nastrajam się pozytywnie). Póki jeszcze wszyscy są na wpół martwi i zaszyci w swoich pokojach próbuję jakoś ogarnąć notatki, słuchając kawałków z wczorajszego koncertu:


poniedziałek, 16 maja 2011 | By: http://klaudiablog.pl

Juwe Juwe Juwenalia

          No i zaczęło się. Właściwie nie wiem kto wpadł na pomysł, żeby Juwenalia odbywały się akurat w połowie maja? Przecież dla zdecydowanej większości studentów to na studiach najgorętszy okres - kolokwia, zaliczenia, egzaminy... a tu nagle tydzień wyjęty z życiorysu.
          Moja sytuacja również nie przedstawia się zbyt różowo - w czwartek kolokwium (dość trudne, mnóstwo materiału), zajęcia od ósmej do szesnastej, a tymczasem w środę na akademikach wielka impreza - koncerty, konkursy, zabawy towarzyszące... no cóż, Juwenalia są raz w roku, zresztą już niewiele mi ich zostało (ile by nie było to i tak mało;))...
          Przygotowania idą pełną parą, strój już prawie gotowy, trunki się mrożą, znajomi zaproszeni... no cóż, najwyżej pójdę zaraz po imprezie na uczelnię - założę się, że nie ja jedyna;)
          Aha! No i najważniejsze - będzie koncert Jamala, mojego idola z liceum, więc wszystkie inne imprezy mogę sobie odpuścić, ale środowej - za nic;)
środa, 4 maja 2011 | By: http://klaudiablog.pl

Powrót do rzeczywistości

          Majowy weekend następujący zaraz po świętach wielkanocnych potrafi skutecznie rozleniwić człowieka - prawie trzy tygodnie spędzone w domu z pewnością nie były dla mnie dobre. Jednak to już za mną i od wczoraj znów jestem w akademiku - moim środowisku naturalnym.
          Na początku pierwszego roku potrafiłam się skupić tylko w domu. Z pewnością była to kwestia przyzwyczajenia, jednak z biegiem czasu to się zmieniło i teraz uczę się w akademiku, a do domu jeżdżę by odpocząć. Niestety odpoczynek ten przyjmuje totalnie bierną formę, czyli oglądanie filmów, telewizji, przeglądanie allegro, pogaduszki z domownikami. Nawet nauka na palabrasie czy Super Memo jakoś mi nie wychodzi... 
          Na szczęście teraz, kiedy jestem już w mojej małej klitce, wszystko wróciło do normy. Od wczoraj udało mi się poćwiczyć na Twisterze, przerobić powtórki SM i palabras, dodać nowe ćwiczenia,  zrobić fiszki, pouczyć się do kolokwiów i rozwiązać zadanie drugiego etapu konkursu Twoja Perspektywa (bardzo mnie zaskoczyło to, że w ogóle się do niego dostałam, bo dziedzina w której biorę udział jest daleka od mojego kierunku studiów i moja wiedza w tym zakresie jest naprawdę niewielka - pewnie dlatego spędziłam nad tym zadaniem kilka godzin próbując zrozumieć, o co w ogóle chodzi w poleceniu;)
           Przede mną wiele zadań na maj, i pewnie jeszcze więcej na wakacje. Odpoczynek to dobra rzecz, ale powrót do rzeczywistości jest ciężki...
         
niedziela, 17 kwietnia 2011 | By: http://klaudiablog.pl

Równać trzeba zawsze w górę

          Kilka dni temu spędzałam całkiem miły wieczór z moimi dwiema znajomymi ze studiów. Rozmawiałyśmy głównie o życiu studenckim i takowej aktywności, planach na przyszłość, życiu zawodowym i tym podobnym tematach. W pewnym momencie pogawędki zauważyłam, że nie jest już tak miło, jak było na początku. Po chwilowej analizie sytuacji doznałam olśnienia i poznałam powód nagłej zmiany humoru - oczywiście moje do nich porównania. Czy Wy czasem też tak macie, że bezwiednie porównujecie swoją sytuację do sytuacji rozmówcy, nawet jeśli istnieje między wami sporo różnic?
          Ja odkąd pamiętam tak miałam - jednak w podstawówce i gimnazjum wszelakie porównania wypadały na moją korzyść, w liceum nie identyfikowałam się w zasadzie z żadnymi znajomymi (unikałam też poważnych rozmów z nimi), a teraz ogrom różnic dopadł mnie w najmniej oczekiwanym momencie.
          Co tak bardzo mną wstrząsnęło? Otóż to, że zostaję z tyłu. Tak, właśnie, zostaję z tyłu. Na pierwszym roku różnice między mną a owymi dwiema koleżankami polegały chociażby na tym, że ja zdawałam maturę rozszerzoną a one podstawową, ja byłam na lektoracie z angielskiego C1  a one na B1, działałam aktywnie w kole naukowym, podczas gdy one siedziały w akademiku nie robiąc w zasadzie nic konstruktywnego, również oceny na studiach miałyśmy podobne. Moje samoocena była więc niezwykle wysoka, uznałam, że w porównaniu z nimi jestem naprawdę kimś (choć w zasadzie nigdy tak bezpośrednio o tym nie myślałam, miałam po prostu takie uczucie) i chyba spoczęłam na laurach.
          Zajęłam się spokojnie nauką języków, robieniem kursów online, rozwojem osobistym - choć w większości i tak raczej leniuchowałam. I co się nagle okazało? Przeskoczyły z B1 na B2, ich średnia podniosła się, podczas gdy moja znacząco spadła (ja uznałam, że średnia i tak nie ma znaczenia, - one obie mają stypendia naukowe), zapisały się do koła naukowego i stowarzyszenia studenckiego, podczas gdy moje koło naukowe rozpadło się z powodu braku przewodniczącego, jedna z nich robi drugi kierunek studiów (ja zrezygnowałam z drugiego, ale to już inna historia), udziela się aktywnie w wolontariacie, druga zaś odbyła praktyki zgodne z kierunkiem naszych studiów, obie uczestniczą w pewnym projekcie unijnym. A ja siedzę i rozgoryczona, zła na siebie i swoje zadufanie, piszę tego posta...
          Wiem, że zapewne nie jest aż tak źle, jak mi się teraz wydaje. Wiem, że moja aktywność i rozwój osobisty (choćby opisywany na tym blogu) też zapewne mają jakiś wpływ na moje życie. Wiem, że jest wiele osób, które robią jeszcze mniej niż ja. Ale wiem też, że żeby coś osiągnąć, trzeba być wśród najlepszych. Równać trzeba zawsze w górę.
piątek, 15 kwietnia 2011 | By: http://klaudiablog.pl

O życiu w akademiku słów kilka

          Kiedy mówię nowo poznanym osobom, że mieszkam w akademiku, zazwyczaj wpatrują się we mnie z niedowierzaniem. No tak, w końcu istnieje tak wiele stereotypów dotyczących domów studenckich, że trudno się dziwić... A jak w rzeczywistości wygląda przeciętne życie przeciętnego studenta w przeciętnym akademiku?
          Przeciętnie. Nie ma codziennych imprez, chlania hektolitrów bimbru, orgii seksualnych, nikt nie wyskakuje z czwartego piętra po pijanemu, szczury są tylko hodowlane (oczywiście w klatkach) a kuchnie i łazienki naprawdę są w stanie umożliwiającym korzystanie z nich. 
          Oczywiście trochę przekoloryzowuję, jednak naprawdę spotykałam się z takimi opiniami - zwłaszcza od osób, które do akademika przyjeżdżały tylko na imprezy, a tak naprawdę nie miały bladego pojęcia o normalnym życiu tutaj. 
          Czym więc dzień w akademiku różni się od dnia spędzanego w domu? Można prozaicznie stwierdzić - Korytarzem. Tajemniczym miejscem spotkań, imprez, zwierzeń, czy choćby wspólnym nudzeniem się. Pozytywnym aspektem jest to, że możemy wyjść o 8 rano w szlafroku, bez makijażu, z tragiczną fryzurą i nikt się nie dziwi - toż to normalny widok, nawet nasi koledzy się już przyzwyczaili;) Często jemy wspólne śniadanie, wychodzimy na fajkę (nieważne, czy się pali, czy nie!), jednak zazwyczaj spotykamy się wieczorem. Co robimy? Jeśli jest czwartek - impreza (nie będę opisywać szczegółów;)), jeśli to środek tygodnia, to gramy w kręgle z butelek po piwie, gramy w Akinatora, rozmawiamy przy piwku o Kasi Cichopek albo twórczości Paulo Coelho, gotujemy kisiel czy narzekamy na sprzątaczki.Czasem irytująca bywa nieprzywidywalność sąsiadów - nieraz człowiek zaplanuje sobie wieczór, naukę języka, czytanie, jakiś film, a tu nagle wpada do pokoju 5 osób i wyciągają go "na chwilkę". Innym razem przez trzy czy cztery dni nie da się nigdzie spotkać żywego ducha, taka cisza przed burzą...;) 
          Siłą rzeczy nawiązuje się silne więzi emocjonalne, choć zapewne zależy to od ekipy, która mieszka wokół ciebie. Ja miałam to szczęście, że trafiłam na ludzi, którzy wiedzą, kiedy można konkretnie "zabalować", a kiedy trzeba odpuścić i siąść do książek - niestety znam wiele osób, które nie potrafią dokonać tego rozróżnienia i spędzają swoją szóstą, siódmą wiosnę w akademiku... 
          Hmmm, zaczynając pisać tego posta chciałam obalić kilka stereotypów i przedstawić plusy życia w akademiku (zazwyczaj nie dostrzegane przez ogół społeczeństwa), ale w jednym poście to jednak niemożliwe... no cóż, może jeszcze kiedyś coś o tym napiszę, póki co - zmykam na korytarz;)